W tym roku świąt nie będzie.
Ludzie w święta są szczęśliwi, zdrowi, wypoczęci, najedzeni i rumiani od alkoholu. Nie myślą o niczym tylko napychają swoje czerwone gęby czym popadnie i śmieją się z głupich żartów wujka Stasia. Ciocia Jadzia flirtuje z ręką wujka Tadka pod stołem, a Krysia udaję że tego nie widzi, nerwowo popijając kolejne kieliszki domowego winka. Wszyscy piją ile wlezie, bo przecież to święta, można sobie pozwolić. Pod wieczór atmosfera zaczyna gęstnieć aż ciężko się oddycha, wraz z wyziewami alkoholowymi wynurzają się na światło dzienne dawno „zapomniane” pretensje, żale i zaczyna się wypominanie kto co komu kiedy i czym zawinił. Na wpół przytomne dziadki przekrzykują się wzajemnie i choinka tak miło migocze. Podstarzałe kuzyneczki wymalowane i obwieszone biżuterią ( niejedną można z ową choinką pomylić) obmawiają resztę nieobecnej rodziny, dzieci nic nie rozumieją i karmią psy i koty pod obrusem. Mętlik i bałagan jak na dworcu. W tle oczywista rzecz musi grać telewizor i ósmy raz z rzędu „Kevin sam w domu” albo „Titanic”.  Naprawdę miła, świąteczna, rodzinna atmosfera.
Szczerzę mówiąc, ochujeć można od tych świąt.
Czy to naprawdę jest takie potrzebne? Tydzień przygotowań, żeby wszystko było idealne, żeby na stole stanęło 12 potraw, żeby obrus był bielszy niż Ciotki Klotki rok temu, żeby wszyscy na widok wystroju wnętrz rozdziawili gęby tak jak ten karp po środku stołu. To wszystko po to, żeby przez dwa dni posłuchać kłócącej się rodzinki przy stole, wiecznych pretensji i gorzkich żalów, po to by mieć całą kuchnie niepozmywanych naczyń i żeby wszyscy się na siebie obrazili ( oczywiście za rok, w pierwszy dzień świąt pogodzą się bo przecież są święta, by na drugi dzień znów kłócić się o to samo ) .
Ja mówię na to wszystko GÓWNO!
Nie obchodzę świąt. Nie chcę tego całego obrządku nie jest mi potrzebny. Z resztą, moja rodzina ( ta która jeszcze mi nie wymarła) już dawno przestała się na takich spotkaniach godzić. Bardziej przypomina to sąd niż Wigilię. Zostaje więc w domu, bez choinki, pod kołdrą, z dobrą książką i herbatą o smaku owoców leśnych ( chyba, że do czasu świąt wynajdę jakąś o smaku karpia :):)
Chcę mieć to wszystko gdzieś, a jednak przyznam, z niemałym smutkiem, że przecież są święta a ja sama bez niczyjej ręki na moim kolanie pod stołem, bez choinki, prezentów, bez krzątającej się babci i donośnego głosu dziadka. Bez głupawych uśmieszków cioteczek, że jaka to ja już duża pannica kiedy ślub, bez dwuznacznych komentarzy wujaszków, że taka dorodna zdrowa maci.. kobieta wyrosła ze mnie. Sama,  zupełnie sama, będe mogła usiąść na oknie i podglądać sąsiadów z naprzeciwka, jakie mają ładne drzewko, jaki piękny stół i dużą rodzinę. To nic, że jutro zaczną  się kłócić. Przeżyć choć ten jeden dzień, tak, jakby wszystko było okej, nie baczyć na problemy, smutki odrzucić w kąt, móc zobaczyć swoich bliskich w komplecie, dostać nietrafiony prezent – to wszystko ma swój urok, na który warto czekać cały rok, zwłaszcza, jeśli nie był do końca udany.