Rzuciłeś mnie sucho
na zimny bruk
U serca Twojego bram
Wilgotne łzy ostudziły Twój zapał

Rozerwałeś moją duszę na kawałki
Jak wódz
nakarmiłeś
swoje psy zazdrości

Uderzyłeś
Piekącym spojrzeniem
Prosto w twarz
Przeszywając tysiącem ostrych słów
Twoich oczu

Purpurą świtu rozlana
łzami traw zroszona
Leży samotnie jak ja
Ona
Na stole w kuchni nad ranem
Przesiąknięta jeszcze Twoim zapachem
Róża

Jutro pewnie Ci wybaczę.