Codziennie o nim myślę. Każdego pieprzonego dnia. To nie są ani długie ani intensywne myśli . Ale kiedy o nim myślę, odczuwam straszny ból. Tego bólu nie potrafię niczym określić. Po prostu czuję jakby zaraz miało mi wystrzelić serce. To już prawie pół roku. Najpierw był gniew i nienawiść. Potem zrezygnowanie i pogodzenie się z losem. Potem przyszła ekscytacja nową osobą. A teraz powraca ten straszny stan.  To co czujesz pare dni po rozstaniu z kimś kogo bardzo mocno kochasz. Uczucie pustki i bezsensu Twojego życia. Myślałam, że mam to już za sobą. Miałam. Wszystko było świetnie. Co się stało?? Nie jestem zdolna do tego żeby kochać tego z kim teraz jestem. Nie potrafię się dla niego wysilać, robić wszystkiego co w mojej mocy, żeby chciał ze mną być. Mam totalną znieczulicę. Mechanicznie wykonuję to co powinnam. A właściwie to co weekend wykonując te same ruchy w łóżku, zbudzona w środku nocy, udając że to miłość, bo ktoś łaskawie odwozi mnie do domu codziennie z pracy i raz na jakiś czas pocałuję mnie w szyję.  Zaciskam powieki i pieprzę się z kimś kogo tak naprawdę nie znam. I nigdy nie chciałam poznać. Chciałam sobie wmówić, że tak będzie lepiej. Jeśli pokocham kogoś szybko będzie mi łatwiej szybko zapomnieć. Ale to jest nierealne. Nie da się pokochać kogoś na siłę. Możesz sobie bardzo mocno wmówić, że jest Ci dobrze. Że masz to co chciałaś. Że ten ktoś Cię zaspokaja i że widzisz przyszłość w różowych kolorach. Ale prędzej czy później dopadnie Cię to. Że to totalna bzdura. Tylko że wtedy będzie już za późno. Będziesz zbyt uwikłany w to co już się dzieje teraz.  I będzie Ci kurewsko trudno. Nie możesz się cofnąć, coś Ci mówi że nie możesz zostać, a jednak nie możesz iść.

To wogóle nie ma sensu. Minęło prawie pół roku. A ja czuję się dziś jakby ktoś wsadził mi szpilkę w serce i w głowę.