I dostajesz jak obuchem w łeb.
Uświadamiasz sobie nagle, że wszystko w co wierzyłeś i uważałeś za święte, jest nic nie warte, a ludzie kłębiący się wokół Ciebie, nie są wypełnieni sercem, a papierem.
Łatwopalny stał się dziś obraz Twój Ojcze.

Całe życie pielęgnowałam w sobie nienawiść do matki. Całe życie próbowałam zniszczyć Ją i siebie.
Robiłam wszystko co najgorsze, żeby wrócił i zaopiekował się mną.
Ulepiłam sobie z jego osoby świętą postać. Czciłam go jako kochającego swą żonę i córkę, samotnego na wygnaniu, potem zdradzonego i oszukanego.
Mogę śmiało powiedzieć, że zmarnowałam sobie przez niego życie. Uosabiając w nim niemalże boskie cechy, stworzyłam człowieka, który odpowiadał moim wyobrażeniom o ojcu. Stworzyłam człowieka, który nigdy nie istniał. Bo tak naprawdę to nigdy go nie poznałam.
Uświadomiłam sobie właśnie tą prawdę – co ja od niego w życiu dostałam, w zamian na złamane życie?
Kilka kolorowych kartek, zapisanych kaligraficznym pismem obietnic i zapewnień.
Parę oryginalnych spodni i walkmana.
I pewność, że nie ważne jak będe się starała, to i tak wszyscy mnie w końcu zostawią.

Któż jak nie on powinien wiedzieć, ile przeszłam i przeżyłam, czego doświadczyłam, żeby zrozumieć to, o czym teraz piszę.