Doszlam do wniosku, ze tak naprawde przez cale zycie bylam dobra. Nie bylam tak dobra, jak chcialam byc, dlatego probowalam byc zla. Ale bylam za dobra na to, zeby stac sie naprawde zla.
A teraz konsekwentnie staczam sie na dno. Zastanawia mnie jak daleko czlowiek, moze posunac sie w swoim kurestwie. Skoro bycie dobrym przynosi same straty i fizyczne i moralne, czlowiek taki narazony jest na liczne cierpienia, to moze wlasnie bardziej oplaca sie byc podlym skurwysynem?
Raz po raz pozbywam sie ludzkich uczuc. Jakies jeszcze mam, wykorzenic te glupie nawyki nie jest takie proste jak sie moze wydawac.
Nadal placze kiedy widze glodne dzieci w Afryce, stara babcie ktora ugina sie pod swoim ciezarem, albo bezpanskie zwierzeta, zaglodzone i zakatowane prawie ze na smierc.
I biegne jak tresowana malpa do kazdego kto wola do mnie o pomoc.
Tylko ze kiedy to ja wolam niemo o pomoc, nikt sie nie zjawia. Cale zycie otaczaja nas ludzie. Masa ludzi, roznej plci i masci. A na palcach jednej reki mozesz zliczyc tych, ktorzy tak naprawde cos dla Ciebie znacza. Ale wtedy Ty ich ranisz. Co za bledne kolo.
Ranie tych, ktorzy mnie kochaja ( cokolwiek ten termin oznacza), pomagam tym, ktorzy maja mnie w dupie, kiedy naprawde jestem w potrzebie.

Staram sie odkryc, jakie zlo jeszcze siedzi we mnie.